„Polskie drogi” prowadzą do Lizbony

marzec 19th, 2008 by awojciechowska

Orędzie nam Jaśnie Władającego Prezydenta Lecha Kaczyńskiego utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że Traktat Lizboński jest jedną z nielicznych szans, abyśmy więcej takich cyrków nie oglądali. Mleko się wylało, teraz trzeba posprzątać.

Traktat Lizboński „ten z rogami i ogonem” jest umową międzynarodową, która zakłada fundamentalną reformę instytucji Unii Europejskiej. Nie uchyli on dotychczas obowiązujących traktatów, wprowadzając do nich niewielkie poprawki. Jednym argumentów strony przeciwnej jest fakt, iż potwierdzona zostanie wyższość prawa europejskiego nad krajowym. Chciałabym tylko sprostować, że już teraz na zajęciach z prawa europejskiego na uczelniach wbijają do głowy supremację prawa europejskiego nad prawem krajowym. W wyniku wprowadzenia w życie traktatu podział kompetencji na trzy obszary:

1) zarezerwowany wyłącznie dla Unii Europejskiej, dotyczący m.in. polityki zagranicznej, bezpieczeństwa oraz realizacji celów
2) wspólny, w którym co prawda prawo Unii jest nadrzędne wobec prawa państwa członkowskich, jednak „współistnieje” z prawem krajowym
3) tam, gdzie pierwszeństwo ma prawo krajów członkowskich

De facto potwierdza już obowiązujący stan rzeczy. Nie wiem dlaczego akurat teraz ma ta kwestia stanowić problem.

Wzbudzająca tyle emocji Karta Praw Podstawowych to zbiór fundamentalnych praw człowieka, z których większość wcześniej ratyfikowaliśmy podczas różnorakich konferencji, konwencji i „koszyków”. Zawiera ona masę jak najbardziej oczywistych, jednak często zapominanych, przepisów. Przykładów nie należy daleko szukać: prawo do integralności cielesnej (w tym zakaz praktyk eugenicznych, zakaz czerpania zysków z ciała ludzkiego jako takiego i jego części, zakaz klonowania w celach reprodukcyjnych), prawo do edukacji, równość wobec prawa, zakaz zwolnień z powodu macierzyństwa czy prawo do rzetelnego procesu sądowego. No i PiS ma się na co zżymać!!! Bowiem w praktyce Karta oznacza, że nie będzie już można szafować lekkimi ocenami, powodującymi na przykład zapaść transplantologii. Koniec z wbieganiem razem z drzwiami do mieszkań minuta po szóstej!!! To wprost straszne…. Nie spowoduje również automatycznie usankcjonowania osławionych już ślubów homoseksualistów. Rozwiązania w tej materii pozostawia bowiem konstytucjom obowiązującym w poszczególnych państwach członkowskich. Jeśli więc nie będzie zmian w naszej konstytucji, nie będą one możliwe.

Roztoczona została przed nami przeraźliwa wizje utraty przez Polskę suwerenności. Chciałoby się w tym miejscu zacytować bohaterkę jednego z reality show: „Helloł”. Zrzekać się suwerenności rozpoczęliśmy z minutą podjęcia decyzji o akcesji do Unii Europejskiej. Niestety nie jesteśmy Australią czy Abudabi, aby móc w zmierzającym ku polaryzacji świecie, zająć miejsce co najmniej neutralne lub przynajmniej oddalone oceanem. Polska musi się zdecydować na którąś z dostępnych opcji – co prawda zawsze jeszcze możemy podpisać przymierze z Chinami, ale „po co” i „na co”, to już nie wiem.

Poza tym traktat rozszerza gamę kwestii, co do których będzie obowiązywała większość kwalifikowana. Z kolei każda decyzja będzie mogła zostać zablokowana na zasadzie podwójnej większości, czyli muszą się jej sprzeciwić cztery państwa, których powierzchnia zajmuje więcej niż 35 proc. terytorium Unii Europejskiej. Koalicja Niemiec z Francją nie narzuci więc niczego ani Polsce ani całej Wspólnocie. Oddaje również w ręce parlamentów narodowych więcej kompetencji niż posiadały do tej pory.

Europa Regionów nie budzi we mnie dreszczyku strachu. Nie obawiam się „oddania” polskich ziem zachodnich Niemcom (choć mieszkam we Wrocławiu). A jak ktoś przyjdzie z aktem własności, to po pojedynku na kordziki, będę mogła mieć pretensje tylko i wyłącznie do rządów w Polsce, które nie potrafią znaleźć czasu na uregulowanie tej kwestii. Nie rozumiem również dlaczego pół roku temu taki najazd Germanów nam nie groził. Czyżby zamiast prawa gwarantem naszej integralności terytorialnej była osoba Jarosława Kaczyńskiego?

Dziwi tylko fakt, że jeszcze niedawna minister spraw zagranicznych Anna Fotyga pląsała w takt Lizbony i Karty Praw Podstawowych, jednak radykalnie zmieniła zdanie po przejściu do opozycji…

Yes, yes, yes

wrzesień 12th, 2007 by awojciechowska

Sejm V kadencji zakończył swoje urzędowanie poprzez podjecie decyzji o samorozwiązaniu. W piątek został przyjęty wniosek SLD, który poddano pod głosowanie jako pierwszy. Poparło go 377 posłów, przeciw – 54 (zapewne z największymi kredytami), 20 zaś wstrzymało się od głosu. Kwalifikowana większość wymagana w takim przypadku wynosiła 307 „za”. Pozostaje tylko zgodzić się z Wokulskim, który rzekł: „Farewell, Ms. Iza, farewell”.

Mimo iż kadencja była skrócona, obfitowała w przedziwne wydarzenia, czasami śmieszne, czasami żenujące. Hordy czworonogów w parlamencie, podsłuchy zakładane w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, obóz (przetrwania) pielęgniarek na skwerkach Warszawy, brzęk kajdanek, rozporki Samoobrony oraz wszędobylskie teczki stanowią niektóre tylko przykłady niecodziennego zachowania się posłów. Że o zremiksowanych wypowiedziach DJ Renaty Beger nie wspomnę. Podobnych incydentów zapewne dostarczy nam kampania wyborcza.

Walka o głosy rozpoczęła się wcześniej niż decyzja o rozpędzeniu … tutaj może powinnam użyć słów Józefa Piłsudzkiego, który nie oszczędzał ani polskich polityków ani sejmu. (LINK) Jednak ich niecenzuralność na to niestety nie pozwala.

Wyścig po parlamentarne stołki będzie przebiegał pod hasłami: co złego to nie my, wszystko nieudane to oni i w ogóle układ dał nam popalić. Bogaci są źli, rolnicy dają radę, Unia Europejska pomocna, a Rosja zagraża demokracji jak w 1920 roku. Jeszcze do tego kolażu należałoby dołożyć rurociąg bałtycki, Niceę i pradziadków (dziadków zlustrowano już za pierwszym razem). Jak widać trudno będzie się nie powtórzyć, gdyż odpadają pluszowe zabawki oraz opustoszona przez poglądy polityczne PO w tym również Zyty Gilowskiej (sic!) lodówka. Żeby to przebić ze wszystkich hipermarketów żywność powinni nam wynieść Niemcy pod przewodnictwem Aleksandra Kwaśniewskiego. Inaczej się nie da.

Nie ma oczywiście co liczyć na koalicję PO – PIS – jak nie wyszło za pierwszym razem, to nawet jakby się waliło i paliło ponownie się również nie uda. Tyle że tym razem jest nareszcie wszystko jasne od samego początku. Największym zaskoczeniem dla mnie jest umowa pomiędzy LPR a UPR. Porozumienie to ma ściśle określony termin ważności – do wyborów i o jeden dzień dłużej. To kolejny wybór mniejszego zła, jednak czy podobną decyzję podejmą wyborcy?

Na komiczne wyglądają przepychanki o numerek na liście – zupełnie jakby chodziło o numerek w szatni, na którym znajduje się futro z norek od cioci z Ameryki. Łokcie ostro poszły w ruch w krakowskiej Platformie, w LiDzie i Łodzi. De facto to w każdym mieście rozegra się pojedynek na bilet do (oby, gdyż nie stać Polski na kolejne wybory „extra”) czteroletnich wakacji w ławach. Pojedynek tytanów zapowiada się w Warszawie, gdzie naprzeciwko siebie opuszczą przyłbice: Jarosław Kaczyński, Donald Tusk i „trzecia siła” czyli Marek Borowski.

Na sobotę PO zapowiada „bombę”. Trwają spekulacje czy nie jest to przypadkiem Kazimierz Marcinkiewicz na listach partii… Zobaczymy…

Jakoś cicho się zrobiło o Partii Kobiet. Oby nie robiły przetworów na zimę. ;)

W życiu, a więc i w przypadku parlamentu bywa tak, że jeśli coś się kończy, to zawsze równocześnie coś się zaczyna. Obyśmy się tylko w październiku nie obudzili ze stwierdzeniem: „Deja vu. Miało być tak pięknie, a został tylko kabaret”.

Ściana płaczu czy świątynia dumania?

sierpień 28th, 2007 by awojciechowska

Bankomat jest jednym z nielicznych urządzeń, które wywołują tyle sprzecznych uczuć. Najlepiej widać to po mimice człowieka starającego się wyprosić określoną kwotę w walucie dobrze nam znanej od tej plątaniny kabli, przycisków oraz „wypluwaczek” (otworów wydających skrawki papieru lub gotówkę). Złotówki, wpadające do wyciągniętych dłoni przy dźwiękach drukowanego potwierdzenia wypłaty stanowią ukoronowanie całego ciągu czynności.

Wynalazcą tej niesamowitej maszyny był John Shepherd – Barron. Pierwszy bankomat „wszedł w życie” w Londynie 27 czerwca 1967 roku, udostępniając klientom Barclays Bank całodobowy dostęp do gotówki. W Polsce otworzył swe podwoje dzięki III oddziałowi banku Polska Kasa Opieki S.A. (dzisiaj Pekao S.A.) w Warszawie. Przeklinane i chwalone równocześnie bankomaty stały się nieodzownym elementem wystroju miast, miasteczek i wsi.

Nasze kontakty z bankomatami są predestynowane również przez osoby stojące przed nami w kolejce. Choć urządzenie to z definicji powinno szybko i sprawnie wypłacać nam gotówkę, niektórzy w dość specyficzny sposób wpływają na jego działanie czy też na samopoczucie osób czekających.

Wyróżniamy podstawowe typy:

- gmeracz pospolity – po podejściu do bankomatu przedstawiciel tego gatunku zaczyna wstukiwać PIN, określać język obsługi, żądaną kwotę, itd. i nie wiedząc czemu tuż przed finałem urządzenie zaczyna cały proces od początku. I znowu PIN, język… Aż do trzech razy sztuka.

- gmeracz niepospolity – jego kontakty z bankomatem układają się podobnie do poprzednika. Różnicę widać jednak na samym początku – otóż gmeracz niepospolity po podejściu do maszyny wypłacającej kładzie torbę na półkę i rozpoczyna w niej poszukiwania karty, która oczywiście nie znajduje się na swoim miejscu, lecz gdzieś miedzy dropsem, notesem, ładowarką do poprzedniej komórki i zużytymi chusteczkami higienicznymi. Po poszukiwaniach trwających wiek z hakiem rozpoczyna się kilkakrotne wklepywanie danych.

- kontemplariusz – osobnik, który podchodzi i się zamyśla, czasami nawet jeszcze przed włożeniem karty do czytnika. I tak stoi, przenosząc ciężar z nogi na nogę, czekając aż kolejka za nim zacznie groźnie mruczeć. Kiedy padają pierwsze ciche groźby pod adresem delikwenta, szybko załatwia on sprawę, często nawet nie czekając na potwierdzenie transakcji.

- psuja – jeśli znajdzie się on w odległości mniejszej niż 50 metrów od bankomatu, czytniki urządzenia zaczynają wariować, aby zakończyć danse macabre napisem: „out of order”. Jeśli w danym momencie dokonywał on wypłaty gotówki, obraca się z niewinnym wyrazem twarzy do pozostałych ćwiczących cierpliwość klientów danego banku i z rozbrajającym uśmiechem oznajmia: „Ojej, nie działa”. W podskokach opuszcza miejsce zbrodni, ciesząc się zasobnym w żywą gotówkę portfelem. Pozostali zaczynają bieg po czynny w okolicy bankomat.

- student, żyjący ponad stan / niedowarek – najczęściej zdarza się go spotkać pod koniec miesiąca, kiedy to stara się odprawić starożytne rytuały nad bankomatem pt. „może rodzice coś podesłali”, „może udzielono mi niespodziewanie debetu” albo po prostu „prooooszę”. Zwykle jednak urządzenie nie daje się wydusić jak cytryna i niepocieszony delikwent odchodzi z wydrukowanym saldem rachunku z miną zbitego szczeniaka, najpierw jednak sprawdzając je po kilkakrotnie.

- mała Mi czyli energiczna Magda M., której komórka dzwoni z chwilą podejścia do bankomatu. Najspokojniej w świecie, jakby siedziała na fotelu w domu czy w kawiarni rozpoczyna pogaduszki ze swoją psiapsułką lub aktualnym narzeczonym. W jednej ręce trzyma kartę, kawę w papierowym kubku, kluczki do samochodu, zaś w drugiej pięć toreb z zakupami. Czy w takich warunkach łatwo jest uchwycić wypluwaną gotówkę?

- szpieg z krainy Deszczowców – wchodzi na plecy osobie, która wypłaca gotówkę zaraz przed nim, usiłując podglądnąć szczegóły jego transakcji. Kiedy sam znajduje się przy bankomacie stara się na wszystkie sposoby utajnić swoje działania. Dłonią przykrywa palce wstukujące PIN, plecami z kolei stara się zasłonić ekran przed całym światem. Potwierdzenie dokonania wypłaty składa na sześć i chowa do kieszeni lub portfela. Na koniec odbiega jak najszybciej od urządzenia.

- Mac Giver – po dokonaniu transakcji przerabia bankomat na walec, by wspomóc rząd w budowie autostrad. Odjeżdża w stronę zachodzącego słońca.

Możliwe są kombinacje poszczególnych odmian. Sama jestem każdym typem po troszku, a już szczególnie w poniedziałki lub piątki trzynastego.

Życzę Tobie czytelniku, aby bankomat zawsze dla Ciebie pozostawał tylko bankomatem, a nie ścianą płaczu czy świątynią dumania.

Zresztą i tak nigdy nic nie wiadomo: LINK

O Erice SteinBACH

sierpień 21st, 2007 by awojciechowska

Nadawany przez TVP 1 przedostatni odcinek „Czterech Pancernych i Psa”, w którym zdobywano Berlin, zbiegł się w czasie z relacją z dorocznego zjazdu „podobno” wypędzonych. I nie dość, że rząd niemiecki nie spieszy się z oddaniem zrabowanych w Polsce dzieł sztuki, mimo ich szczegółowej listy. Nie dość, że film „Upadek” lekko podkoloryzował historię. W końcu nie dość, że Gerhard Schröder „klepnął” rurociąg bałtycki. To tylko Erika Steinbach wywołuje we mnie nieodpartą chęć ponownej militarnej wycieczki na Berlin.

Jej słowa udowadniają albo brak jakiejkolwiek wiedzy historycznej albo cyniczną wobec niepodważalnych faktów postawę. Według Eriki Steinbach „nasz los poprzedziły straszliwe wydarzenia”. Po pierwsze wspólna przeszłość z Niemcami, zmuszonymi opuścić swój Heimat, jest raczej wątpliwa. Rodzina przewodniczącej Związku Wypędzonych wprowadziła się na Pomorze już w czasie II Wojny Światowej. Na początku jednak zadbała, aby mieszkający w jej domu Polacy, opuścili go w trybie wybitnie pilnym. Po drugie owe straszliwe wydarzenia zostały sprowadzone na naród niemiecki dzięki wyborom parlamentarnym. Potem musieli tylko ponieść konsekwencje swoich wyborów. Podobnie zresztą wywołując wojnę, która nie dla ozdoby nazywa się Światowa.

„Hitler otworzył puszkę Pandory”. Rzeczywiście w owym okresie na Starym Kontynencie nie działo się najlepiej – hiperinflacja, rewolucja w Rosji, rzesze zdemobilizowanych żołdaków, szwendających się po miastach, swoista ksenofobia państw i siedem plag egipskich. Czy jest to w stanie usprawiedliwić ideologię nazistowską? Jeśli tak, to może z powodu załamania na amerykańskim rynku kredytów hipotecznych, zatrzymajmy wszystkich obywateli Stanów Zjednoczonych i w ramach zadośćuczynienia nakłońmy ich do zbudowania nam dróg na Euro 2012.

„Ale nie może to usprawiedliwiać przymusowych wysiedleń milionów Niemców”. Owe zdanie stanowi majstersztyk retoryki ludowej. Przymusowe wysiedlenia zainicjowano na konferencjach „wielkiej trójki”, jako naturalną konsekwencję przesunięcia granic. Przejęcie władzy nad dzisiejszym województwem lubuskim czy dolnośląskim nie należało do priorytetów rządu polskiego. Poza tym część Niemców wyjechała jeszcze zanim zwycięskie mocarstwa wydały swe postanowienia, uciekając ze strachu przed nadciągającą Armią Czerwoną. W niektórych miastach odbyło się to drogą administracyjna, gdyż na przykład we Wrocławiu Gauleiter Hanke wydał rozkaz ewakuacji ludności cywilnej już zimą 1944/1945 roku. Sprawa dużych skupisk mniejszości narodowych zawsze spędzała sen z oczu politykom. Podobnie stało się w okresie międzywojennym. Były jedną z podstaw roszczeń Hitlera do Pomorza Gdańskiego czy polskiej części Śląska. Uczestnicy konferencji jałtańskiej chcieli po prostu wybić argument z ręki przyszłym politykom niemieckim.

„Pragnienie zemsty i odwetu motywowane hitlerowską przemocą mogłoby być przyczyną wypędzenia Niemców z Belgii, Danii czy Francji. Ale tam nic takiego się nie wydarzyło”. Idąc tym tokiem myślenia można by przypuszczać, że „wypędzenie” ze wschodnich części Trzeciej Rzeszy było spowodowane pragnieniem spokojnego przeszukania tych terenów w nadziei na znalezienie Bursztynowej Komnaty. Bo innego powodu nie znajduję. Każdy historyk nie będzie miał również wątpliwości, twierdząc iż okupacja Francji przebiegała trochę inaczej niż Polski. Nastawienia nazistów wyraźnie tłumaczy „Mein Kapf”, w którym jesteśmy potraktowani jako ludzie najgorszej kategorii, zaś państwa Europy Zachodniej traktowano jako partnera do rozmów, może nie równorzędnego, ale zawsze. Z Wielką Brytanią Hitler planował podpisać nawet separatystyczny pokój, jednak nieprzejednana postawa Churchilla stanęła temu na przeszkodzie. Co zaś się tyczy wypędzenia z Belgii, Danii czy Francji należy pamiętać o wspomnianym już przesunięciu granic. Zachodnia granica Niemiec nie uległa zmianie (Zagłębie Saary znajdowało się pod administracją zwycięzców, ale pozostawało nadal terytorium RFN).

Dzień Stron Ojczystych obchodzony jest na pamiątkę podpisania w 1950 roku Karty Wypędzonych, w której porzucono chęć zemsty na rzecz budowania zjednoczonej Europy. Jednak język Eriki Steinbach zdaje się o tym zapominać. Związek Wypędzonych stanowi pewien folklor na scenie międzynarodowej. Podobnych organizacji nie założono we Włoszech, Grecji czy krajach byłej Jugosławii, w których wypędzenia, wysiedlenia, przeprowadzki mniej lub bardziej przymusowe były niemal na porządku dziennym. Niech cały świat zjednoczy się więc w ruchu upamiętniającym wygnanie z raju. Jako miejsce muzeum proponuję… neutralną pod tym względem Antarktydę. Niech też coś ma od życia.

Tylko Zyty Gilowskiej żal

lipiec 30th, 2007 by awojciechowska

Każdy z zatrudnionych otrzymał od wicepremier i minister finansów Zyty Gilowskiej prezent w postaci kilku dodatkowych złotych, które co miesiąc mają zostawać w naszej kieszeni. Niestety rząd w mgnieniu oka odbierze nam nadwyżkę gotówki poprzez zasiłek pielęgnacyjny. No cóż miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.

Niedługo będziemy musieli zapłacić jeszcze podatek „Jastarnii”, który pokryje wszelkie koszty związane z utrzymaniem posiadłości prezydenckich, w tym 10 kucharzy. Jako kolejny zostanie wprowadzony podatek „spacerowy”, aby wszystkie pupile posłów PiSu, nie tylko suka marszałka Ludwika Dorna, miały możliwość posiadania swoich osobistych „wyprowadzaczy” w postaci funkcjonariuszy BORu. Nie należy zapomnieć również o „posadzkowym”, gdyż wszystkie urzędy państwowe, nie tylko ZUS czy NFZ, czekają na brazylijskie marmury. Nawet u sołtysa powinno się je położyć w sieni – tanie państwo nie oznacza przecież oszczędności w administracji. To obywatele powinni zacisnąć bardziej pasa, choć i tak większość z nas jest na ścisłej diecie (reszta zaś na bezrobociu albo na emigracji). W szeregu ustawiły się również podatki: „lotny” z przeznaczeniem na nowe samoloty dla naszych polityków, „piłkarski”, który ma pomóc w budowie stadionów na Euro 2012 oraz „odpoczynkowy”, pokrywający koszty długich łykendów.

Ktoś może mi zarzucić, że „się czepiam” i że poprzednie rządy również niewiele zrobiły w tej sprawie. Tyle że one nie chciały Polski zrewolucjonizować moralnie, nie biły się w pierś, krzycząc, że są jedynym ratunkiem na całe zło świata i obiecywały gruntowną poprawę. Jak widać nawet w przypadku nieskazitelnych rycerzy moralnej krucjaty można znaleźć pewne rysy na pancerzu, które wcześniej wytykali u swoich poprzedników. Jeśli czołowi przedstawiciele koalicji są tak wiernymi słuchaczami rad Ojca Dyrektora, to powinni pamiętać, że nie należy zwracać uwagi na drzazgę w oku przyjaciela, a tolerować u siebie belkę.

Osobiście nie mogę doczekać się już września, kiedy to ruszą strajki nauczycieli, lekarzy i pielęgniarek. Zapewne będzie to miesiąc na długo zapamiętany przez Warszawiaków (oto jedna z zalet mieszkania w stolicy), szczególnie jeśli nadciągną ochotnicze bataliony górników zachęconych możliwością demonstracji swojej siły. Po demolce pod parlamentem rząd uchwali, co jego zdaniem będzie jedynym rozwiązaniem patowej sytuacji - kolejne podwyżki płac dla budżetówki, które zostaną wyprowadzone z naszych kieszeni pod postaciami nowych podatków. Proponuję taki od oddychania (nikt się nie wymiga) oraz „manifestacyjny”, aby pokryć wszelkie szkody związane z wyrywaniem płyt chodnikowych czy niszczeniem wystaw sklepowych. Dostanie służba zdrowia, podwyżki otrzyma oświata, może jeszcze coś wpadnie do kieszeni „mundurowym”, lecz gdzie w tym wszystkim znajduje się asystentka szefa zarządu czy księgowy pracujący w korporacji na średnim szczeblu.

Tylko Zyty Gilowskiej mi żal, która jako „głowa” resortu finansów będzie musiała ogłosić wszystkie te znakomite wręcz wiadomości społeczeństwu. Podejmując decyzję o wejściu do układu, który zaowocował procesem lustracyjnym, współpracą z LPR, Samoobroną czy też LiSem (jakkolwiek zwą, wiadomo, że skończy się to kolejnymi wydatkami z budżetu) nie zdawała sobie sprawy, co czeka za kolejnym zakrętem. Posłańcy, którzy przynoszą złe wiadomości, zwykle nie kończą najlepiej.

Osobiście proponuję jeszcze założenie funduszu narodowego, którego zadaniem będzie zebranie pieniędzy na kolejne wybory.

P.S.
Pierwszy posłaniec, który został skrócony o głowę, był Ormianinem. Śmiał on donieść swojemu królowi Tigranesowi o tym, iż jego wojska zostały otoczone przez wrogą armię Imperium Rzymskiego.

Polska pod rządami LiSu czyli “wyklęty powstań ludu ziemi”

lipiec 15th, 2007 by awojciechowska

Najprawdopodobniej nie znalazłby się człowiek, który ze stuprocentową pewnością może stwierdzić, że lubi poniedziałek. Zrywanie się do pracy po cudownie wolnej niedzieli, korki z rozwścieczonymi kierowcami w ich przegrzanych maszynach (choć jeśli chodzi o Wrocław bliższe mu raczej określenie paraliż komunikacyjny) oraz nadmiar kawy zdają się dopełniać obraz dnia. Poniedziałkowy stan ducha został doskonale przedstawiony w komedii „Nie lubię poniedziałku”, choć zapewne ze względu na rok produkcji podzieli los „Czterech pancernych i psa”. Oby film ten powrócił w równej chwale…

Zeszły poniedziałek przyniósł ze sobą oprócz zwyczajowej dawki złości i lenistwa również niezwykłą moc sprawczą. Składniki te wstrząśnięte nie mieszane zaskoczyły nawet byłego już wicepremiera oraz ministra rolnictwa Andrzeja Leppera. Cała Polska przeżyła jednak jeszcze większą niespodziankę w sobotę, kiedy to LPR i Samoobrona otworzyły solidarnie wspólny front. Co by było gdyby LiS wygrał zapowiadane już wrześniowe wybory?

Połączenie obu programów stworzyłoby twór na wzór Quasimodo. Zarówno polityka wewnętrzna jak i zagraniczna pełna byłaby sprzeczności oraz kompromisów.

Połączenie programu prorodzinnego z seks – aferami, którymi regularnie wstrząsana jest Samoobrona zaowocowałoby stworzeniem karnetów dla legitymujących się członkostwem w tej drugiej. Odpowiednia karta obowiązywałaby przez rok, uprawniając do jednego romansu, który by dotarł do gazet albo dwóch, o których mówiłoby się w kuluarach sejmowych.

Emerytury pomostowe dostaliby wszyscy pracownicy fizyczni oraz niektórzy umysłowi, których światopogląd zgadzałby się z linią rządową. Biolodzy propagujący ewolucjonizm, wykształciuchy w dziedzinach politologii i historii oraz euroentuzjaści otrzymaliby świadczenia emerytalne dopiero po 75 roku życia. W końcu może wyplewiłoby się te nieprawomyślne poglądy, będące wrzodem na duszy społeczeństwa.

Sposobem na rozruszanie rynku biopaliw byłoby wprowadzenie kartek na benzynę z wkładką roślinną. Kto nie wywiązałby się z miesięcznej normy, nie otrzymałby kartek na mięso. Zniżki o wysokości 10 procent dotyczyłyby emerytów, dzieci poniżej trzech lat i nie posiadających samochodu. Reszta nawet jeśli miałaby wlewać paliwo w kanistry, a potem używać jako rozpałki do grilla, musiałaby normy wykonać. Na każdą rodzinę przypadałby jednen traktor bez względu na miejsce zamieszkania.

Sojusz tych dwóch partii udoskonaliłby amerykańską politykę afirmacyjną, dostosowując ją przy okazji do naszych realiów. Dzieci pochodzące z rodzin „entelektualnych” obligatoryjnie dostałyby przydział na Uniwersytety Przyrodnicze lub do techników zawodowych, w których obowiązkowe byłyby praktyki półroczne w miasteczkach, gdzie nadal główna ulica nosi nazwę gen. Świerczewskiego czy Róży Luksemburg, aby bardziej zbratali się z ludem prawdziwie pracującym.

NBP zostałby zastąpiony przez Tylko Polski Bank Spółdzielczy, zaś na giełdzie od tej pory parkiet zostałby przykryty linoleum i wystawionoby tam na sprzedaż owoce. Skrzypka postawionoby na dachu, a Balcerowiczowi wręczonoby wilczy bilet do Stanów Zjednoczonych.

LPR przypomniałby sobie o ideałach Polski sięgającej od Bałtyku do Morza Czarnego i wypowiedziałoby wojnę Słowacji, wysuwając przy tym roszczenia do Spiżu. Wtedy PiS z czystym sumieniem mógłby nadal mówić o wrogim im układzie zakładając rząd emigracyjny na Madagaskarze. Londyn byłby już zajęty przez polityków z PO, a Waszyngton okupowaliby na przemian Lewica i Demokraci z Zielonymi oraz Kazimierą Szczuką. Radio Wolna Europa przeżyłoby drugą wiosnę po reaktywacji.

Największą trudność sprawiałaby polityka zagraniczna, ponieważ choć obie partie żywią niechęć do Unii Europejskiej, to beneficjantami dotacji z Brukseli są również rolnicy. Poza tym brukselskie pensje kuszą największych ideowców, którzy w ten sposób mogą nieść kaganek oświaty w mroczne wieki, w jakich znalazł się Stary Kontynent. Można byłoby zorganizować wspólnie z Haiderem i Le Pennem maleńki stosik z książek Voltera, propagujących tolerancję. Jeśli jednak zwyciężyłoby bardziej radykalne skrzydło połączonych partii, już w drugim dniu po zwycięskich wyborach pożegnalibyśmy się nieczule z Brukselą, równocześnie prosząc o przyjęcie do ZBIRu (Związku Rosji i Białorusi). Może nawet w ciągu pierwszych trzech lat Polsce dostarczanoby gaz po bardzo korzystnych cenach. No i może w końcu nie ominąłby nas gazociąg bałtycki. Zamiast amerykańskiej tarczy rakietowej, Rosja wydzierżawiałby nam trzy swoje wyrzutnie balistyczne, w których jedynym pewnikiem byłoby to, że wystrzelą w niewiadomym kierunku. Podróże Andrzeja Leppera do Pekinu zaowocowałyby nie tylko zalewem trampek, lecz również sojuszem politycznym. Jako zauralska prowincja Chin Polska również wypadłaby całkiem nieźle.

Bankier.pl działałby na singapurskim serwerze, ja zaś siedziałabym sobie spokojnie z Maorysami na wiecznie zielonej Nowej Zelandii marząc o powrocie Andersa na białym koniu.

Uprzejmie donoszę czyli mam kilka propozycji do „Index librorum prohibitorum”

czerwiec 3rd, 2007 by awojciechowska

Indeks ksiąg zakazanych stanowił spis pozycji przeważnie z dziedziny teologii, których treść stała w sprzeczności z nauką kościoła katolickiego. Nie wolno było ich czytać bez zezwolenia hierarchów pod groźbą ekskomuniki. Początki indeksu sięgają już czasów średniowiecza, jednak dopiero z nadejściem odrodzenia i reformacji nabrał on „prawdziwego” znaczenia. Wraz z rozpowszechnieniem się druku pojawiło się wiele nieprawomyślnych myśli, które stały się dostępne większej liczbie ludzi. Odkąd książka przestała być luksusem przepisywanym latami przez pięciu skrybów, jej cena znacznie spadła, co w konsekwencji zaprowadziło ją pod strzechy.

Propozycje MENu dotyczące listy lektur obowiązkowych wzbudziły wiele kontrowersji. Na szczęście są to tylko propozycje. Postanowiłam więc ulżyć wicepremierowi i ministrowi edukacji w ciężkiej pracy i dorzucić kilka groszy. Oto one.

Proponuję wycofać „Pana Tadeusza”, zwanego lekkomyślnie epopeją narodową. Adam Mickiewicz propaguje w niej niejednoznaczne postawy życiowe – Telimena uwodzi niezgodnie z polityką prorodzinną niedoświadczonego Tadeusza, dawny TW Soplica, ukrywający się przed lustracją pod nazwiskiem Robak, zdobył swój majątek dzięki zdradzie. Na dodatek chowa się pod habitem zakonnika. Hrabia wyróżnia się swoim kosmopolityzmem, uosabiając wyraźnie układ „euroentuzjastów”. Reszta zbiera grzyby albo błąka się po polowaniu, czekając na zbawienie kraju przez największego ateistę tamtych czasów – Napoleona.

„Chłopi” za samą nudę powinni być usunięci, nie wspominając już o niemoralnym prowadzeniu się Jagny.

Dante przesadził w „Boskiej komedii”, w której po zaświatach oprowadza go… kobieta. W swoim dziele posługuję się alegoriami, które stanowią niebezpieczne pole do popisu dla niepokornych uczniów. Powinni oni na pamięć wyuczyć się przypisanych danej metaforze znaczeń, a nie poddawać je własnej interpretacji. Poza tym piąty krąg piekła dla złośników i zazdrośników, to o wiele za ciężka kara za „Spieprzaj dziadu”.

W „Weselu” Wyspiańskiego pokazane zostało rozpasanie alkoholowe młodej polski, co stoi w sprzeczności z programem „Wychowanie w trzeźwości”. Co prawda dramat jest ukłonem w stronę Samoobrony: „Chłop potęgą jest i basta”, lecz postawa poety, który umniejsza mistyczną wymowę romantyzmu, zasługuje na potępienie.

William Szekspir…. no cóż… Jego dość niejasny związek ze swoim mecenasem powinien nasunąć pierwsze wątpliwości. Dalej jest jeszcze gorzej – związek nieletnich Romea i Julii, wiedźmy oraz zabobony, czarna magia, a Hamlet… Ech… szkoda słów.

Tytuł „Łysek z pokładu Idy” wprowadza w błąd czytelników. Ktoś może sądzić, że rzecz będzie o piratach i przygodach na morzu. To mogłoby zachęcić dzieci do wystąpienia na złą bandycką drogę. Może kilkoro z nich zostałoby tłumaczami filmów do napisy.org.

„Moralność Pani Dulskiej” i inne powieści Zapolskiej stanowią manifest emancypacji kobiet. Są one niezgodne z programem PiSu , który pozwala kobiecie myśleć o sobie dopiero po urodzeniu czwórki dzieci.

Zalecam jak najszybciej wykreślić pozycję „Nad Niemnem”, ponieważ jej dłuuuuugie opisy przyrody sławią tereny obecnej Rosji (okręg kaliningradzki), Białorusi i Litwy. O ile z ostatnim państwem byłby najmniejszy problem ideologiczny, o tyle ze ZBIRem, czyli Związkiem Białorusi i Rosji już byłoby gorzej. Niech za embargo na polskie mięso odpowie nie tylko Dostojewski.

Z „Naszą szkapą” rozprawi się Greenpeace, więc nie będę się nią teraz zajmować.

Sierotka Marysia Marii Konopnickiej mieszkała sama w koedukacyjnym domku z krasnoludkami bez przyzwoitki. Co tam się działo, kiedy skończyła osiemnaście lat, aż strach myśleć.

Mitologia Jana Parandowskiego afirmuje styl życia, jakże odbiegający od norm propagowanych przez koalicje rządzącą. Zeus rozpustnik zdradza swą żonę na każdym kroku, zaś z tych nielegalnych związków rodzą się herosi. Dionizos jest wręcz antytezą dla superczłowieka LPRu, który ma zostać wychowany przez Młodzież Wszechpolską. Na dodatek posiada on poczucie humoru. O zgrozo!

„Lalka” jest natomiast przegrana bez względu na rządzącą opcje polityczną, gdyż promuje kapitalizm i dążenie do kariery. Wokulski swój „pierwszy milion” zarobił na handlu z Rosją. Natomiast arystokracja czyli nośnik polskiego patriotyzmu została ukazana jako warstwa do głębi przesiąknięta poczuciem wyższości, które nie ma pokrycia w rzeczywistości.

Coś czuje po kościach, że niedługo nawet na Album Ssaków ministerstwo będzie patrzyło nieprzychylnym okiem. Książka ta może przecież zawierać niepedagogiczne przekazy dotyczące ewolucji. Co więc na samym końcu nam zostanie jako słowo czytane – menu restauracji sejmowej czy Monitor Polski? Poprawność językowa tej drugiej może budzić wątpliwości.

Przepraszam, czy to już państwo policyjne?

maj 14th, 2007 by awojciechowska

Słysząc słowa premiera Jarosława Kaczyńskiego, wypowiedziane podczas zmagań Trybunału Konstytucyjnego z ustawą lustracyjną, można było poczuć nieprzyjemny dreszcz deja vu.

Szef rządu na konferencji prasowej w Augustowie stwierdził, co prawda jako obywatel i prawnik, że w tym momencie nie ma warunków prawnych do rozważania przez Trybunał pytań, związanych z postawionym przez SLD wnioskiem, dlatego że każdy z sędziów mógłby podlegać jakimś zarzutom. Wiadomość „podprogowa” została zaprotokołowana w świadomości społeczeństwa. W gruncie rzeczy na każdego z nas znalazłby się jakiś paragraf.

Jest to niezwykły zbieg okoliczności. Podobnie jak oskarżenie profesora Jana Miodka o współpracę z SB w dniu spotkania prezydenta Lecha Kaczyńskiego z rektorami szkół wyższych w sprawie ustawy lustracyjnej. Ostatnio można odnieść wrażenie, że nie są to zbiegi okoliczności, lecz z góry wyznaczone miejsca koncentracji.

W doktrynie politycznej w XVIII wieku państwo policyjne było uważane za typ państwa opiekuńczego, w którym rozbudowany system nadzoru władz miał zapewnić przestrzeganie porządku, ochrony zdrowia i higieny, szkolnictwa, opieki nad starcami oraz sierotami. Definicja ta brzmi jak hasła wyborcze, jednak rzeczywistość dość szybko je zweryfikowała. Mniej więcej od XIX wieku nazwa państwa policyjnego nabrała wyraźnie pejoratywnego znaczenia. Jego mianem określano kraje rządzone twardą ręką, którą reprezentował również aparat administracji często sięgający po terror jako formę dyscyplinowania obywateli. Niekoniecznie był to przymus bezpośredni, czasami wystarczała sama groźba.

Politycy koalicji wymachują ostatnio teczkami jak odbezpieczonym granatem i trudno nie oprzeć się wrażeniu, że oskarżenia o współpracę sypią się na osoby publiczne według zasady: „Na kogo padnie, na tego bęc”. Jeśli dodać do tego pokazowe aresztowania czy wywarzanie drzwi o szóstej rano należy zacząć się poważnie zastanawiać dokąd nas to wszystko doprowadzi. Abstrahując od jakichkolwiek sympatii politycznych czy należy się godzić na przeszukanie mieszkania przez brygady antyterrorystyczne bez koniecznego nakazu i trzymanie na muszce broni, zapewne załadowanych ostrą amunicją, całej rodziny. Przypadek taki miał miejsce w połowie marca w mieszkaniu Włodzimierza Czarzastego, byłego szefa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, który dziś stoi na czele stowarzyszenia „Ordynacka”. Polityk mieszka na tej samej ulicy, na której szukano wspólnika lub broni zabitego bandyty Michała Gruszczyńskiego (zabił on dwie osoby z Wołomina). Choć Włodzimierz Czarzasty miał należeć do grupy trzymającej władzę, preferencje polityczne nie powinny być powodem wymachiwania pistoletem maszynowym przy głowach żony oraz córki. Podejrzenia, nawet uzasadnione, nie znaczą iż należy działać z całą bezwzględnością. Domniemanie niewinności ma dotyczyć wszystkich, bez względu na legitymację partyjną.

Sprawa Barbary Blidy również pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi. Czasami warto przyznać się do błędu niż iść w zaparte, ponieważ później nawet przedstawienie rzeczywistego biegu wydarzeń nie zatrze nieprzyjemnego wrażenia. Nota bene czego dokładnie szukało ABW w domu posłanki? Wystawionej faktury za korupcję sprzed 10 lat?

Kolejnym elementem państwa policyjnego jest nie tylko poddawanie presji obywateli, lecz również i stawianie sędziów w dość dwuznacznych sytuacjach. Doskonałym przykładem jest sprawa posłanki SLD Małgorzaty Ostrowskiej. Rozstrzygnięcie niektórych kwestii dotyczących mafii paliwowej, zostało powierzone sędziemu, znajdującemu się dopiero na początku swej kariery zawodowej. Wierząc w niezawisłość sądów, nie można się oprzeć wrażeniu, że przy rozpatrywaniu tej sprawy potrzebna będzie nie tylko wiedza, lecz również doświadczenie.

Można zarzucić, że ludzie ci działając na granicy polityki i biznesu powinni spodziewać się wzmożonej czujności organów ścigania. Jednak nie sposób nie zgodzić się, że wyważanie drzwi punkt szósta osobie, która na każde wezwanie sądu czy prokuratury się stawiała, było pokazem siły, chyba zupełnie niepotrzebnym. Polska na szczęście nie należy jeszcze do grupy państw policyjnych, obok Korei Północnej i Białorusi, jednak niektóre wydarzenia ostatnich miesięcy spowodowały, iż zaczynają zapalać się światła ostrzegawcze. Nie świadczy to dobrze. Ktoś może nazwać te działania „robieniem porządków”, lecz czy koszty nie są zbyt wysokie. Ostatnio dość głośno było o akcji „Rodzić po ludzku”, może i warto byłoby zacząć nową – „Rządzić po ludzku”. Obyśmy nie doprowadzili do skrajności.

Podczas szalejącego terroru stalinowskiego pewien człowiek został aresztowany przez służby specjalne i koniec końców trafił na Łubiankę, czyli do więzienia śledczego w Moskwie. Był tam przetrzymywany przez wiele dni, zaś jego jedynym kontaktem ze światem zewnętrznym była miska czegoś nieokreślonego do jedzenia wsuwana mu codziennie przez drzwi. Kiedy w końcu jeden ze strażników wyprowadził go z celi na przesłuchanie, obiecał sobie, że nie powie ani słowa. Po około dwóch godzinach, które wlokły się niemiłosiernie nie wytrzymał i wykrzyczał do śledczego prowadzącego pytanie, które kotłowało się w jego głowie przez te wszystkie dni więzienia: „O co jestem podejrzany? Dlaczego mnie tu przetrzymujecie?”. Zobaczył tylko cyniczny uśmiech funkcjonariusza, który poprosił go o podejście do okna oraz spojrzenie na plac Dzierżyńskiego i powiedział: „Widzisz tych ludzi na dole? Oni wszyscy są podejrzani. Ty jesteś już oskarżony.”